Tragedia Smoleńska - Wspomnienia

 

IMG 7218

CZ.I   Żałoba
Przed południem 10 kwietnia 2010  jechałem do Kalisza Pom.  Na wysokości Prostyni zadzwonił do mnie Gerard Sopiński, zaskakując mnie stwierdzeniem, że chyba wszyscy zginęli. Kompletnie nie wiedziałem, co się stało. Zdziwiony spytałem, o co chodzi. Gerard powiedział wówczas, że samolot prezydencki rozbił się w drodze do Katynia. - Włącz radio i słuchaj – rzekł. Tak też zrobiłem. Nie miałem złudzeń i byłem pewny, że zginęli wszyscy z prezydentem Lechem Kaczyńskim włącznie. Jednak media dawały nadzieję, że ktoś przeżył. Dzień ten był obfity pod względem tzw. odkryć. Przy ładnej pogodzie znaleźliśmy w ogródku pewnych państwa starą, pięknie zachowaną macewę z XIX w., po czym przerwaliśmy dalsze kopanie, gdyż obciążenie psychiczne było zbyt duże. Wracając w Prostyni, skręciłem w leśnią drogę w lewo. Gdy zatrzymałem samochód, zobaczyłem między drzewami potężne drzewo. Tak znalazłem tzw. Lipę Skarbów. Ale to inna historia, jest o niej także legenda...

Przed wyjazdem


Nastrój żałoby był ogromny, nawet w TV celebryci, którzy jeszcze wczoraj szydzili z Lecha Kaczyńskiego, płakali lub udawali, że płaczą. Atmosfera w regionie była wręcz fatalna, również dlatego, że dwa lata wcześniej, 23 stycznia 2008 r., wydarzył się pod pobliskim Mirosławcem wypadek samolotu transportowego CASA C-295 M w którym zginęło  20 lotników polskich,  wracających drogą powietrzną z zajęć szkoleniowych. Jednak fakt, że zginął prezydent z żoną, osoby znaczące i znane w państwie, jego pierwszy garnitur wojskowy i przedstawiciele ( często bardzo młodzi) innych służb spowodował, że gros osób wybierało się do Warszawy, by oddać im hołd. Niemal jako pierwsza ruszyła delegacja Pełczyc z burmistrzem miasta, był w niej także wspomniany powyżej Gerard Sopiński. Dostałem nawet propozycję, by pojechać z nimi, jednak z przyczyn służbowych nie mogłem z jej skorzystać. Za dwa dni nadarzyła się inna bardzo korzystna okazja - wyjazd samochodem do Warszawy, gdzie 16 kwietnia miały się odbyć obchody Dnia Sapera w Katedrze Polowej WP, których nikt nie odwołał.
                                                             

15 kwietnia  2010
Wyjechaliśmy 15 kwietnia rano razem z Romanem Buckim i Zdzisławem Walaszczykiem. Przeddzień kupiłem w sklepie Kolendowicza  w Drawnie znicz. Jechaliśmy w kierunku Poznania.W Zachodniopomorskiem w ogóle nie czuć było, że jest żałoba narodowa, podobnie w Lubuskiem, natomiast zupełnie odmienna była Wielkopolska. W wioskach, małych miasteczkach, masowo wywieszone były flagi narodowe z kirem, tak było do samego Poznania. Tam po załatwieniu spraw skierowaliśmy się do Warszawy, do której przyjechaliśmy nocą. Samochód zaparkowaliśmy na podwórku strzeżonym na ul. Hożej, na posesji, w której mieliśmy przenocować. Po „rozgoszczeniu się” i drobnej higienie udaliśmy się na rondo Marszałkowska - Aleje Jerozolimskie, a stamtąd tramwajem podjechaliśmy na  Nowy Świat. Miasto żyło swoim życiem i w zasadzie, gdyby nie wiedza i świadomość tragedii, nie czuć było żałobnego nastroju. Było to  pozorne. Weszliśmy w Nowy Świat, ruch pieszy był trochę większy od tego, jaki zwykle tu o tej porze bywał. Otwarte były kawiarenki, niektórzy adorowali się wzajemnie przy świecach i winie. Jednak w pewnym momencie ten świat relaksu i spokoju skończył się na straganie ze zniczami, naklejkami i znaczkami, których ceny przekraczały granicę przyzwoitości. Kupiliśmy znicz  i poszliśmy dalej. Na Krakowskim Przedmieściu  Chrystus stojący na cokole  przy kościele / bazylice pw. św. Krzyża  miał na ramieniu krzyż,   który dźwiga zawieszoną  biało-czerwoną flagę z kirem. Odczytałem to, tak jakby razem z krzyżem dźwigał cierpienie Polski. A mój kolega uznał, że cała zbolała Polska uczestniczy w jego cierpieniu, które razem z krzyżem niesie. Tu ludzi było bardzo dużo, noc przebijał blask zniczy, stały wszędzie tam, gdzie było historyczne miejsce męczeństwa, pomniki czy żałobne plakaty. Ludzie jakby w poczuciu pośmiertnej równości  porobili takie małe miejsca czci ze zdjęciami  np. członków załogi, funkcjonariuszy BOR, i  z innymi, często mniej znanymi osobami. Wszędzie tam paliły się znicze siedzieli lub stali ludzie, głównie młodzi. Te punkty zadumy były jakby bastionami  najważniejszego miejsca,  jakim był Pałac Prezydencki. Na Krakowskim Przedmieściu stała wielka, wolno przesuwająca się, kilkunastotysięczna kolejka; ciągnęła się ona  do  kolumny Zygmunta, tu zakręcała  i dalej wiła się by podejść ponownie pod pałac. Stali w niej różni ludzie, tę zbiorowość można było śmiało nazwać Polską, bo w tym miejscu autentycznie zgromadziła się Polska. Nie były to warszawskie eleganciki, ale zwykli ludzie z Podlasia, Śląska, czy jak my, z Pomorza. Stali cierpliwie, nikt nikogo nie poganiał i nie popychał. Nad harmonią przemieszczania się czuwała straż miejska i  harcerze, oni też odbierali znicze i dokładali do tysięcy już stojących. Daliśmy im i nasz z napisem skąd przyjechał. Harcerz gdzieś go postawił, a on wtopił się w dywan ogników. Ci, którzy zrezygnowali z kolejki lub po prostu nie wytrzymywaliby stania w niej,  obserwowali Salę Kolumnową na dużym telekomie ustawionym przy Pałacu Prezydenckim. W pewnym momencie kolejkę zatrzymano, miała być przerwa technologiczna, lecz trwała dłużej niż zapowiedziano, gdy ponownie kolumna ruszyła, ktoś zauważył, że trumna prezydenta jest zmieniona.. Cały czas dochodziły  kolejne osoby, w tym mimo późnej pory również zorganizowane grupy szkolne. Przyglądając się systemowi wpuszczania do pałacu, zauważyłem lukę, co pozwoliłoby mi włączyć się do tych, co oczekiwali bezpośrednio przy pałacu. Gdybym skorzystał z tej możliwości, czekałbym 1 lub 2 godziny. W tym momencie zobaczyłem kobietę leżącą na wózku inwalidzkim z podłączonym tlenem. Była w tej kolejce, która zmierzała w kierunku Kolumny Zygmunta. Co według kalkulacji oznaczało kilkugodzinne czekanie. Ta scena uzmysłowiła mi, że jakiekolwiek kombinowanie, by skrócić sobie czas oczekiwania, byłoby niemoralne. Po krótkim namyśle nie zdecydowaliśmy się, by w ogóle  stanąć do kolejki, gdyż następnego dnia po południu musieliśmy wracać do Drawna, a i  dzień ten był optymalnie zaplanowany i wypełniony. Postaliśmy jeszcze przy świecach i wróciliśmy do  siebie. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że  w Belwederze od 7.00 można będzie pokłonić się cieniom ostatniego emigracyjnego prezydenta RP  Ryszarda Kaczorowskiego…
                                                             

16 kwietnia 2010
Belweder. Już przed siódmą czekaliśmy pod Belwederem, byliśmy w czołówce formującej się kolejki z tym, że gdy nastała ta godzina,  nikogo nie wpuszczono, argumentując to jakimiś obiektywnymi  problemami.  Zdenerwowany poszedłem pod gmach MON. Tam prezentowane były zdjęcia wszystkich związanych służbowo ze służbami mundurowymi, którzy zginęli w Smoleńsku. Pod każdym zdjęciem była  podobna wiązanka kwiatów i palił się taki sam  znicz. Nikogo nie wyeksponowano. Część z nich w różnych sytuacjach miałem okazję zobaczyć, spotkać, rozmawiać. Szefa Sztabu Generalnego, generała Franciszka Gągora, widziałem na spotkaniu i poczęstunku w ogrodach MON,wręczał wówczas razem z  ministrem ON dyplomy i suweniry osobom wpisanym do Honorowej Księgi Czynów Żołnierskich MON. Stałem w szyku razem z wyróżnionymi i w imieniu chorego chor. Jacka Szpaka z Drawna odebrałem jako jego przełożony przyznane mu wyróżnienie. To, że major odbiera dyplom w imieniu chorążego, zostało zauważone. Doszło wówczas do kurtuazyjnej wymiany zdań. Minister wypytywał o zdrowie nieobecnego, a obok stał wzbudzający sympatię generał Gągor. Ten wizerunek generała potwierdza się we wspomnieniach wielu osób. Na tym spotkaniu byli także : zamyślony dowódca Marynarki Wojennej RP. wiceadmirał/ adm. Andrzej Karweta i gen. broni pil. Andrzej Błasik – dowódca Sił Powietrznych RP któremu w gronie lotniczej generalicji dopisywał humor. Ks  bp. gen. dyw./ broni Tadeusza Płoskiego, katolickiego biskupa polowego Wojska Polskiego spotkałem cztery razy, każde z tych spotkań to oddzielna opowieść, był w Drawnie w 2008 r., wtedy miałem okazję poznać również biskupiego sekretarza ks. ppłk /płk. Jana Osińskiego też ofiarę katastrofy.  Ks. abp. gen. bryg./dyw. dr Mirona (Mirosław Chodakowski) prawosławnego ordynariusza Wojska Polskiego pierwszy raz  widziałem  na Świętej Górze Grabarce podczas uroczystości Przemienienia Pańskiego. Drugim  razem w odpust św. Mikołaja w Soborze w Hajnówce, w tym samym Soborze widziałem go podczas festiwalu muzyki cerkiewnej. Natknąłem się na niego także zupełnie przypadkowo, gdy zwiedzałem Sobór, jego niespodzianym pojawieniem się  byłem wtedy nie  mniej zaskoczony od księży, którzy tam przebywali. W ogrodzie ministra Klicha abp. Miron był w sutannie, siedział na ławce z swoim podwładnym w stopniu pułkownika. Gdy robiłem im zdjęcie, uśmiechnął się  i pokiwał głową.


Wróciłem pod Belweder, stała  już tam kilkusetmetrowa kolejka. Trumna z Rosji przybyła tu 15.04.2010 w czasie, gdyśmy byli w trasie, jadąc do Warszawy. 16 .04. po południu została przewieziona do kościoła Świętego Krzyża. Po czym po uroczystościach religijnych powróciła do Belwederu. Wystawiona została w Sali Pompejańskiej – w miejscu, w którym  w maju 1935 r. była trumna z ciałem Marszałka Józefa Piłsudskiego. 19 kwietnia 2010  została złożona do krypty Panteonu Wielkich Polaków  w Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie. W 2012 okazało się,że w trumnie, której oddaliśmy cześć, leży były prezes Stowarzyszenia Rodzina Katyńska ( autor słów pieśni Rodzin Katyńskich ) Tadeusz Norbert Lutoborski, a nie Ryszard Kaczorowski, który od 27. 04. 2010 spoczywał w grobie rodzinnym Lutoborskiej. Po identyfikacji zwłok we Wrocławiu prezydent Kaczorowski spoczął w dniu  03.11.2012  w Świątyni Opatrzności Bożej.  .

Krakowskie Przedmieście
Czas naglił i spod Belwederu pojechaliśmy do Katedry Polowej WP. Było trochę czasu i poszliśmy na Krakowskie Przedmieście, tam stała niezmienna kolejka zmęczonych, lecz w większości wytrwałych ludzi. Ruch był mniejszy jak w nocy, a i zniczy przed Pałacem Prezydenckim  pozornie wydawało się, że jest mniej. Zapewne nadal świecił się tam nasz. Harcerze szybko usuwali te wypalone z minionych dni. W kolejce zauważyłem delegację szkoły z Choszczna. Na parkingu przy pomniku Mickiewicza ustawione były wozy transmisyjne z wielkimi talerzami anten wielu stacji TV i radiowych.  
W Katedrze Polowej
Gdy weszliśmy do świątyni,  trwała Msza Święta żałobna w intencji dowódcy Garnizonu Warszawa  gen. bryg./ pośm. gen. dyw.  Kazimierza Gilarskiego. Jego ciało do Polski jeszcze nie przybyło. W oczy rzuciły się dwa portrety generała. Jeden z czarną wstęgą na ramie stał oparty o ołtarz. Drugi mniejszy z kirem był na stelażu z prawej strony od ołtarza,  w miejscu,  gdzie zrobiono kompozycję  żałobną, w której centralnie na podwyższeniach spowitych fioletowym materiałem  postawiono zdjęcie Biskupa Polowego, a z prawej strony nieco niżej sekretarza ks. Osińskiego. Kolor fioletowy dominował,  gdyż wyraża pokutę,  jest symbolem pełnego nadziei oczekiwania, kieruje myśli ku wieczności  będącej wypełnieniem chrześcijańskiej nadziei. Gdy nabożeństwo dobiegło końca, dwaj chłopcy  ubrani w historyczne mundury 3 Pułku Szwoleżerów Mazowieckich im. płk. Jana Kozietulskiego podeszli do portretu i po oddaniu honorów wzięli go w ręce i z powagą wynieśli z kościoła. Generał pochowany został 24 kwietnia w Kwaterze Smoleńskiej na Wojskowym Cmentarzu Powązkowskim, gdzie spoczywa wśród 28 ofiar.
W kaplicy katyńskiej, będącej miejscem upamiętniającym  21 857 Polaków zamordowanych  wiosną 1940 roku przez NKWD, stały dwie trumny z symbolami kapłaństwa, spowite biało- czerwonymi flagami. Złożono w nich szczątki biskupa polowego Tadeusza Płoskiego  i jego sekretarza ks. Jana Osińskiego. Na trumnie biskupiej  położona była czapka generała broni wojsk lądowych, na który to stopień  Biskup Polowy został pośmiertnie awansowany 15.04. Na drugiej leżała czapka oficera lotnictwa z trzema gwiazdkami  biskupiego sekretarza, awansowanego na pułkownika 13.04. Trumna sekretarza postawiona została w katedrze 14.04. o g.19.30, czyli dzień szybciej niż biskupa. Czuwał przy nich posterunek honorowy wystawiony przez podchorążych pierwszego roku WAT, uczelni, w której  ks. płk. Osiński przez rok studiował ( także i mojej uczelni ). Trudno mi powiedzieć czy watowcy stali tam ze względu na ks. Osińskiego, czy po prostu wyczerpały się reprezentacyjne możliwości wojska. Naprzeciw trumny biskupa Płoskiego klęczała pogrążona w głębokiej modlitwie, pełna bólu, starsza kobieta  w żałobnej czerni. Pogrzeb  Biskupa Polowego i jego sekretarza  odbył się 19.04.2010. Trumny na uroczystość pogrzebową wystawiono na Placu Krasińskich przy Pomniku Powstania Warszawskiego. przed Katedrą Polową Wojska Polskiego Po czym obaj spoczęli w krypcie Kaplicy Matki Bożej Ostrobramskiej  zwanej Kaplicą Lotników Katedry Polowej.


Dzień Sapera  
Powoli Katedra Polowa wypełniała się saperami, przybyła saperska generalicja, a wśród nich generałowie Żuchowski, Lalka i Tacik. Ci dwaj ostatni usiedli w naszej ławce, a nie z swoimi kolegami vipami. Msza Święta w intencji saperów przemieniła się faktycznie w mszę żałobną. Gen. Lalka postawił przy ołtarzu statuetkę zrobioną z odłamków zebranych podczas misji pokojowych. Miał to być prezent dla  Biskupa Polowego. W krótkim wystąpieniu powiedział, iż wśród ofiar Smoleńska byli jego bliscy znajomi, każdego z nich wspominał z nieukrywanym smutkiem a ja wspominałem Dzień Papieski  15.10.2005 r., Był to pierwszy taki dzień po śmierci  Jana Pawła II. Byłem tu w tej katedrze na uroczystościach z udziałem ks. bp. gen. Płoskiego, miałem spośród zgromadzonych i zwiezionych ( z pułku dowodzenia )  wiernych najwyższy stopień wojskowy, tj. majora. Co raczej niezbyt dobrze świadczyło o tych, którzy tłumnie zapełniali katedrę np. podczas  biskupich imienin... Po wystąpieniu gen. Lalki Mszę Św. odprawił pełniący obowiązki biskupa polowego  ks. płk Sławomir Żarski, wówczas etatowy wikariusz generalny Ordynariatu Polowego WP. Po wyznaczeniu nowego biskupa polowego, mimo że przeprowadził duszpasterstwo wojskowe  przez niezwykle trudny czas, został przeniesiony na boczny tor, powrócił medialnie w 2018 r., otrzymał wtedy nominację generalską.  Mimo że  był to gest honorowy, to nominacja ta na pewno mu się należała. Gdy po mszy św. wychodziliśmy z Katedry Polowej, stali przed nią liczni żałobnicy oczekujący na kolejną uroczystość żałobną. My i pozostali saperzy pojechaliśmy pod pomnik sapera na Czerniakowie. Tam nastąpiło złożenie wieńca i zapaliliśmy znicz w intencji poległych na minach saperów, w tym z 41 bsap. i spoczywających w Borowym Młynie Wspomnieliśmy o nich  odczytując ich nazwiska widniejące na umieszczonych przy pomniku imiennych tablicach pamiątkowych. Po krótkiej kurtuazyjnej rozmowie z gen. Żuchowskim ( zmarł w wyniku tragicznego wypadku w 2019 r.) , który zawsze żywo interesował się Bytowem, wróciliśmy na Plac Krasińskich. W katedrze trwały uroczystości pogrzebowe podsekretarza stanu w MON Stanisława Jerzego Komorowskiego , stanąłem na zewnątrz a po wyprowadzeniu trumny zaplanowałem,że pojedziemy na Pragę do prawosławnego Soboru metropolitalnego Świętej Równej Apostołom Marii Magdaleny, gdzie miała stać trumna abp. Mirona.
Praga
Na miejscu okazało się, że trumny tu nie ma. Była w kaplicy ordynariatu prawosławnego pw. św. Bazylego Martysza na ul. Banacha. W soborze panowała głęboka cisza i chłód, stały tam  dwa zdjęcia z żałobnym kirem - pary prezydenckiej i gen. Mirona. Ponieważ był już szczyt i musieliśmy w tym dniu pojechać do Drawna, a do tego nikt z nas nie znał na tyle Warszawy, by bez ryzyka kluczenia dotrzec do Banacha, zdecydowałem, że wracamy. I prosto z Pragi udaliśmy się na słynną krajową 10.  Ks. abp gen. dyw. Miron pochowany został  19 kwietnia na terenie monasteru w Supraślu. Siedem lat później, w nocy z 24/25 kwietnia 2017,  został ekshumowany, gdyż w jego w trumnie znajdowała się dolna połowa ciała biskupa polowego WP  Tadeusza Płoskiego. Niestety nie udało się ustalić, gdzie znajduje się druga część arcybiskupa Chodakowskiego, jest prawdopodobne, że  mogła zostać pomyłkowo spopielona. Ponowny skromny jego pogrzeb odbył się 30 maja 2017. 15/16 kwietnia 2010  w kolejce do Pałacu Prezydenckiego stano 16 godzin. 18 kwietnia trumny pary prezydenckiej drogą lotniczą opuściły Warszawę.  


Refleksje
Spośród ofiar smoleńskich, których  znałem, był Aleksander Szczygło, nim został szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego, był ministrem MON, ponieważ o umarłych się źle nie mówi, nie będę się na jego temat wypowiadał. W 2009 uczestniczyłem w obchodach 65 rocznicy likwidacji getta w Łodzi, była tam obecna para prezydencka oraz Janusz Kurtyka –prezes Instytutu Pamięci Narodowej. Na posłankę Izabelę Jaruga-Nowacką natknąłem się, gdy szła obok prof. Nałęcza i Kazimierza Kutza w manifestacji równości w Warszawie, stałem wtedy w kontrprotestującej grupie prawicowej, co przypłaciłem utratą mojej torby z dokumentacją medyczną i osobistą. Mimo że były tam dane teleadresowe, nigdy jej nie odzyskałem. Sebastian Karpiniuk jako poseł przesyłał do jednostki w Drawnie życzenia świąteczne. Annie Walentynowicz – działaczce Wolnych Związków Zawodowych, która była współzałożycielką NSZZ „Solidarność”, zostałem przedstawiony podczas jej spotkania autorskiego w Warszawie przez prof. Aleksandra Dawidowicza. Rozmawialiśmy kurtuazyjnie dosyć długo. Co do systemu informacyjnego odnośnie tego gdzie jaka trumna jest wystawiona to, praktycznie podczas tych dni żałoby w Warszawie było duże niedoinformowanie, o czym świadczy przypadek abp. Mirona, czy Macieja Płażyńskiego, którego szukałem i mimo ,że stałem koło Domu Polonii nie zorientowałem się, że jego trumna tam się znajduje. Trzeba przyznać ,że mimo tysięcy przyjezdnych porządek był niemal wzorowy, a kultura Straży Miejskiej , Policji Państwowej, harcerzy i wolontariuszy była wysoka. Cechowała ich powaga i uczynność. Nie lada osiągnięciem WP było zorganizowanie takiej ilości jednakowych trumien, o tych samych wyostrzonych wymogach sanitarnych. Niestety w okresie późniejszym ten wysiłek wynagrodzony został licznymi kontrolami i propagandowymi pomówieniami, podczas których nic z tych podłości nie potwierdzono.

CZ II WINA

 Do napisania tej części zdecydowałem się po zobaczeniu zdjęcia matki kpt/mjr Arkadiusza Protasiuka – pilota tragicznego tupolewa.  Kobiety skromnej i nie przywykłej do fleszy aparatów fotograficznych i politycznych salonów. Niestety i jak dotąd nie do końca wysłuchanej.
 Śledztwo toczy się latami i tak naprawdę końca jego nie widać. Co chwila pojawiają się różne sensacyjne nowinki, które jego zakończenia nie przyśpieszają. Odnosi się wrażenie, że trwa jakieś bujanie w obłokach. Tymczasem  nie rozpatruje się podstawowej przyczyny wypadku, tj. pogody i stanu lotniska. O ile pogoda zmienną jest, o tyle stan lotniska, jeśli już ulega zmianom, to trwa to miesiącami. Stąd pytanie dlaczego fatalne pod względem technicznym lotnisko pod Smoleńskiem nie zostało rozpoznane pod kątem bezpieczeństwa, zwłaszcza, gdy lądowały na nim polskie samoloty rządowe ? Zrzucanie winy za stan lotniska na Rosjan ma o tyle sens, o ile dotyczy to otrzymania zezwolenia na lądowanie na nim obcych samolotów nie tylko tego feralnego dnia. Ale to nie Rosjanie, tylko Polacy to lotnisko wybrali i ( jak wynika z notatek prasowych) doskonale wiedzieli, w jakim jest stanie. Wniosek nasuwa się jeden, że analizy bezpieczeństwa nie przeprowadzono, czyli nie spełniono wymogów rozpoznania. Tymczasem każdy dowódca pododdziału wie, że rejon, do którego ma się przegrupować, ma być rozpoznany i jeśli nie on to ma zrobić, to takowe rozpoznanie wykonują specjaliści zwiadowcy a dowódca otrzymuje z tego rozpoznania meldunek i podejmuje decyzje. Jeśli mimo stwierdzonego rozpoznania niebezpieczeństwa  zapadnie decyzja o zajęciu  rejonu i podczas wykonywania tego zadania stanie się coś złego, to dowódca, który takową decyzję podjął, ponosi za to odpowiedzialność, a nie właściciel terenu, na który przegrupowanie nastąpiło. Natomiast jeśli dowódca ze względu na istniejące ryzyko  zrezygnuje z zajęcia wskazanego rejonu, to zawsze ma w zanadrzu wariant zapasowy. Stąd pytanie, czy takowy wariant był ustalony, czy dla tego fatalnego lotu wyznaczono lotnisko zapasowe, czy gospodarz tego lotniska o tym wiedział ?
Awans
Kpt. Protasiuk  w chwili lotu miał  36 lat , w 1997 r. ukończył z wyróżnieniem dęblińską szkołę oficerską, czyli lecąc do Smoleńska był już 13 lat oficerem. Był także absolwentem politologii i studiów podyplomowych w WAT, ukończył wiele kursów specjalistycznych w zakresie pilotażu, po prostu był mistrzem w swoim fachu. Sadząc po wysłudze lat, miał już ją na tyle dużą, że powinien zostać majorem. Ale nie był. Niestety był to okres, kiedy runęły stare zasady awansowania zgodnie z wysługą w danym stopniu. Awanse na oficerów w tym starszych wymagały odpowiedniego stanowiska. Czy ktoś powiedział,  jaki etat zajmował  kpt. Protasiuk ? Uważam, że gdyby zajmował etat oficera młodszego, nie miałby za drugiego pilota oficera starszego, czyli majora. Sądzę więc, że miał etat oficera starszego. Jeśli się nie mylę, lot ten był dla niego wielką szansą na majorowski awans. Stopień ten  jest ważny, gdyż stanowi  przeskok do korpusu oficerów starszych i daje małe przywileje. Obecnie ( tak też było w 1010 r.)  kapitanowie często pełnią obowiązki, które ongiś wykonywali pułkownicy i dają sobie z tym  doskonale radę.  Niestety,po kilku latach zasiedzenia bez awansu niesłusznie postrzegani są przez środowisko cywilne jako podpadziochy bądź nieudacznicy. Dlatego całe zastępy „wypłowiałych” kapitanów czekają na swoją szansę . Kapitan Protasiuk nie był wprawdzie  „wypłowiały” ale ryzyko nim zostania istniało. Ten lot dawał mu szansę, jakiej wówczas  bardzo wielu kapitanów od lat nie miało, szansę awansu na majora w odpowiednim wieku.

36 Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego im. Obrońców Warszawy


Jednostka ta wchodziła w skład Sił Powietrznych i podlegała Dowództwu Sił Powietrznych. Przeprowadzone w niej kontrole stwierdziły liczne uchybienia, co nie pozostało bez wpływu na późniejsze decyzje i w  grudniu roku 2011 pułk został rozwiązany, kilku generałów zajmujących wysokie stanowiska straciło je. W odzewie społecznym nie  było większych prób obrony ich dobrego imienia, choć gros osób potraktowało te kroki jako wyrok na tzw. „kozłach ofiarnych”.
Sprawa meldunku
Jeden z dowódców dywizji postanowił, że w jednej z podległych jednostek skontroluje przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. I kontrolował, a trwało to niedługo, bo zaczął od najwyżej położonego pododdziału. Gdy tam wszedł, dowódca pododdziału zameldował mu pododdział gotowy do przeglądu. Pułkownik spytał dowódcę – kapitana: - Niech się obywatel kapitan zastanowi czy na pewno gotowy. Na to kapitan machnął ręką i odpowiedział "niech będzie gotowy" !!.Pułkownik się uśmiechnął i tu zajrzał, tam zobaczył i było wszystko pięknie aż zobaczył gwóźdź w ścianie. Gwóźdź zaskoczył także kapitana, bo wisiał na nim kaseton propagandowy, który raptem zniknął. Rozgorzała burza, która dla wszystkich oprócz pułkownika skończyła się o 22.00. Tak przez gwóźdź  kadra tej jednostki miała umilony dzień wigilijny. Opowieść ta dowodzi, jak ważny jest w wojsku meldunek, gdyby kapitan zameldował  kompanię podczas przygotowania do świąt, nic by nie było. Gdyby kpt. Protasiuk zameldował Prezydentowi RP samolot gotowy do lotu, to  wziąłby za ten lot pełną odpowiedzialność, zrobił to jednak ktoś inny ze  świadomością wagi swego meldunku. Dlatego nie dziwi, że mógł być w kokpicie samolotu podczas lądowania. Uważam, że nie mają racji ci, którzy z faktu przebywania dowódcy sił powietrznych w kabinie pilotów czynią zarzut nadużycia, przekroczenia kompetencji , gdyż piloci byli  jego podwładnymi, a i jako ich przełożony on za ten lot też odpowiadał. Jednak istnieje druga strona medalu, z czego przełożeni nie zdają sobie sprawy, jest to destrukcyjne oddziaływanie swoją osobą na podwładnych. Generalskie pagony i wysoka funkcja robią swoje. Po prostu obecność przełożonego o silnej osobowości i patrzenie wręcz na ręce podwładnym wykonującym trudne, wymagające koncentracji zadanie, może spowodować zupełne rozkojarzenie i wywołać cykl logicznych błędów. Podobne reakcje mogą nastąpić, gdy wykonawca słyszy uszczypliwe uwagi pod swoim adresem. W takiej sytuacji, gdy przełożony jest tuż - tuż i  funkcyjnie odpowiada za działania podwładnych, wykonujący zadanie  podświadomie przerzuca odpowiedzialność za to, co robi, na przełożonego, zwłaszcza, gdy ten ingeruje w sposób realizacji zadania.
Co by było gdyby
Przed szkoleniem przeprawy czołgów po dnie dowódca jednej ze szkolących się dywizji nakazał, by przed przystąpieniem do zajęć sprawdzić stan techniczny obiektu, na którym to szkolenie miało być przeprowadzone. Szef szkolenia jednej z brygad przyjechał nad obiekt i sprawdzając sprawność urządzenie do spuszczania wody ze zbiornika, w który czołgi miały wjeżdżać, stwierdził , że z powodu rdzy nie jest ono sprawne. Zapoznał się z instrukcją i przepisami bezpieczeństwa obowiązującymi na tym obiekcie, które wyraźnie zabraniały szkolenia w przypadku wystąpienia jakichkolwiek niesprawności. Tak też postąpił ów szef szkolenia. Efekt był taki, że zrobił się krzyk, iż samowolnie zerwał szkolenie i pojawiły się wręcz zarzuty, że po prostu bał się jego , co było nieprawdą. Zaczęto nawet z tego szefa szkolenia szydzić. Jestem przekonany, że podobny los czekał kpt. Protasiuka, gdyby zrezygnował z próby siadania na tym lotnisku, spotkałyby go nieprzyjemności a ponadto na lata utraciłby możliwość awansu. Może by w ogóle nie awansował. Siłą rzeczy to presja możliwość awansu a nie generał w kokpicie wpłynęła głównie na jego decyzje. Wniosek nasuwa się  taki, że za katastrofę w smoleńsku winny jest awans.
                                                                                                                   

Andrzej Szutowicz

PS. Katastrofa w Smoleńsku zakończyła królowanie w polskim rozkazodawstwie słynnego  polecenia; „nic mnie to nie obchodzi, do rana ma być”(powiedziane było bardziej dosadnie), które w połączeniu z słynnym powiedzeniem gen. Dąb Biernackiego : „... w d. mam pana regulaminy” ( odpowiedź padła :”a ja w głowie”)  były niedostrzegalnymi przesłankami wielu niebezpieczeństw.

Imieniny

Kalendarz

Komisariat SG Brzeźno

Wiadomości z regionu

Wyślij Widokówkę

koperta

logo eop 210